
Zaloguj sięnie masz konta? Zarejestruj się
Nowość!!! - Konkurs rozstrzygnięty! - Poznaj zwycięską wyprawę
Cóż… mam wyraźne „tyły” jeśli chodzi o pisanie bloga. W ciągu tygodnia siedzę w robocie, a w weekendy staram się gdzieś wyskoczyć w teren. I nawet mi się udaje.
W poprzednim odcinku pisałem, że do Phoenix najlepiej wybrać się w lutym lub marcu: pogoda murowana, miło, ciepło, kaktusy kwitną… Ale nie każdy może sobie dowolnie wybierać terminy. Więc co zrobić, gdy wylądujesz w Phoenix w lipcu? Odpowiedź jest prosta: zwiewać! Siedzenie w wielkim mieście, gdy dookoła panuje temperatura 115 F (brrr… 46 stopni Celsjusza) nie należy do przyjemności. Na szczęście zwiać z Phoenix nie jest trudno i wcale nie trzeba zwiewać daleko. Wystarczy ruszyć na północ. Już po godzinie jazdy samochodem świat dookoła się zmienia: zamiast pustyni pojawiają się lasy, a temperatura spada do zupełnie przyzwoitego poziomu. W kolejnych odcinkach będę się starał opisać różne miejsca, w które warto się wybrać, zresztą niekoniecznie w lecie.
Dziś krótko o wyjeździe nad morze. Morze? W Arizonie??? No cóż… w samej Arizonie, to nie. Ale wystarczy przekroczyć granicę meksykańską i po niecałych 100 kilometrach dociera się nad Zatokę Kalifornijską, zwaną też Morzem Corteza. Cała droga zajmuje ok. 4 godzin. Dwa tygodnie temu byłem tam po raz pierwszy i jest to całkiem miłe: ciepła woda, ładna, czysta plaża. Na dodatek bardzo mało ludzi. Nie mam pojęcia czy to skutek kryzysu gospodarczego, czy paniki wywołanej przez świńską grypę. Znajomi mówili mi, że kiedyś czekali na granicy meksykańsko-amerykańskiej przez prawie 8 godzin, bo taka była kolejka. A ja na całej trasie od wybrzeża do granicy widziałem chyba 2 samochody.
Troche zdjęć zamieściłem w galerii, zapraszam do pooglądania.
Tagi: Zatoka Kalifornijska , Morze Corteza , Meksyk , plaża
Na czym to skoczyłem? A tak! Na jeżdżeniu po Phoenix. Zapomniałem o jednej bardzo istotnej informacji. Otóż w Arizonie, a w Phoenix w szczególności zebrała się grupa zapalonych miłośników fotografii: poustawiali przy drogach swoje aparaty i robią zdjęcia przejeżdżającym samochodom. Zdjęcia są co prawda podłej jakości, ale za to kosztują sporo: $181 za sztukę. Aby otrzymać takowe zdjęcie wystarczy tylko jechać nieco szybciej niż nakazuje limit prędkości. Tak, że strzeżcie się przed fotografiami!
Dziś parę słów o pogodzie. Generalnie, kiedy byś nie przyjechał do Phoenix, to pogodę masz raczej pewną: na 365 dni w roku, w Phoenix zdarza się raptem kilkanaście dni pochmurnych. Przez pozostałe dni słońce świeci w najlepsze, więc nic dziwnego, że miejscowi nazywają Phoenix Słonecznym Miastem (Sun City). Mamy tu dwie pory roku: lato i zimę. Nie będziesz miał najmniejszych problemów, by zorientować się która pora roku właśnie panuje. Jeśli w ciągu dnia da się wyjść na zewnątrz – znaczy, że właśnie jest zima. W lecie robi się piekielnie gorąco, osobiście widziałem 120 F (czyli prawie 50 C) na termometrze. I jak tu żyć przy takich temperaturach? Cóż… trzeba przetrwać. Nie radzę zdecydowanie planować wycieczek górskich w takich warunkach. Pod wieczór i w nocy temperatury spadają do przyzwoitego poziomu 80 F (26 C) i wtedy już jest zupełnie spoko.
Miejscowi mówią, że Phoenix ma jedną, niewątpliwą zaletę: upałów nie trzeba odśnieżać. Po kilku miesiącach, zwykle w październiku, temperatury spadają do bardzo przyzwoitego poziomu, czyli zaczyna się zima. Śniegu w Phoenix raczej nie uświadczy, ale leży on w okolicznych górach. Przymrozki się zdarzają. Najwięcej deszczu spada w marcu, wtedy też zakwitają kaktusy. Tak, że jeśli możesz wybierać, kiedy przyjechać do Arizony, to zdecydowanie polecam koniec lutego i początek marca.
Poruszanie się po Phoenix
Zacznijmy od kilku użytecznych stron internetowych, związanych z poprzednią częścią:
http://phoenix.gov/skyharborairport/ - oficjalna strona lotniska w Phoenix
http://www.valleymetro.org – strona poświęcona komunikacji miejskiej w Phoenix.
Phoenix wraz z otaczającymi miejscowościami tworzą metropolię nazywaną często „Valley of the Sun” czyli Słoneczną doliną. Żyje tu prawie 5 milionów ludzi i jest to jedna z większych metropolii w USA. Miasto wypełnia sobą rozległą dolinę rzeki Słonej, czyli Salt River lub Rio Solado. Żeby przemierzyć je ze wschodu na zachód, trzeba przejechać ponad 50 mil, a z południa na północ – około 40 mil. Komunikacja jest prosta, trzeba tylko pamiętać o standardowej zasadzie poruszania się po miastach amerykańskich: „Zawsze Wiedz W Jakim Kierunku Się Poruszasz”.
Przez miasto przebiega kilka autostrad:
• międzystanowa I-10, która w kierunku zachodnim wiedzie do Los Angeles, a w południowo-wschodnim - do Tucson,
• I-17, która zaczyna się koło lotniska w Phoenix i prowadzi na północ do Flagstaff
• Droga numer 60, prowadząca na wschód do Globe
Miasto otoczone jest też obwodnicami, noszącymi numery 101, 202 i 303 (w budowie).
Ruch na autostradach jest raczej umiarkowany, przynajmniej w porównaniu z innymi miastami amerykańskimi. W korkach stoi się raczej rzadko, najczęściej zatyka się autostrada I-10, która jest stosunkowo wąska i jest obecnie przebudowywana. Zresztą remonty trwają prawie na wszystkich większych drogach: pomarańczowe ludziki co chwila gdzieś rozstawiają swoje maszyny i uprawiają radosne wykopki.
Tutejsze pomarańczowe brygady mają też jedną nieprzyjemną skłonność: potrafią zamykać całe autostrady na weekend. Jak wpadniesz na taką zamkniętą autostradę, to z reguły stracisz dużo czasu nim się z tego wygrzebiesz. Jednego razu usiłując objechać zamknięty fragment autostrady wjechałem w nocy w pola uprawne na terenie indiańskiego rezerwatu. Zeszło mi ze 2 godziny nim się stamtąd wydostałem. Informacje na temat zamkniętych autostrad można znaleźć na stronie
http://www.azdot.gov/ccpartnerships/news/closures/index.asp.
Tak, że lepiej sprawdzić, niż potem kląć…
Tagi: Phoenix , Arizona , I-17 , I-10 , autostrada , Flagstaff
Usiłuję zaprzyjaźnić się z tym serwisem i jakoś mi kiepsko idzie. Co chwile coś się wiesza. Ale nic to… trzeba mu dać szanse…
Zacznijmy od krótkiej historyjki: pewien podróżnik wlazł na bagna. Zabulgotało wkoło i poczuł, że coś go wciąga. Gdy już zanurzył się prawie po pierś w zgniło-brązowej mazi, zobaczył, że z liścia zwisającego nad brzegiem grzęzawiska patrzy na niego para oczu. Wielka ropucha przyglądała mu się zaciekawiona. Po chwili wkurzyło to podróżnika. Próbował odpędzić gadzinę, ale żabisko nic sobie z tego nie robiło. „Co się gapisz?” – wycedził przez zęby w kierunku żaby. Żaba – nic. Nawet nie drgnęła. „Spier….aj”!!! – wrzasnął wściekły podróznik, ale znów nie było żadnej reakcji. Żaba spokojnie przyglądała się jak bagno pochłonęło biednego wędrowca. Gdy już nie pozostało po nim ani jednego bąbelka powietrza, żaba powiedziała sama do siebie: „Co się gapisz???… Spier….aj!!!??? Przecież ja tu mieszkam!!!”
No właśnie: gdzieś trzeba mieszkać. Ja od prawie dwóch lat mieszkam w Phoenix w Arizonie. Nie jestem wielkim miłośnikiem amerykańskich miast, ale postanowiłem, że napiszę trochę praktycznych wskazówek, dotyczących mojego podwórka i najbliższej okolicy. Może się komuś na coś przydadzą?
Jeśli będziesz kiedyś zwiedzał Arizonę, to z dużym prawdopodobieństwem zaczniesz właśnie w Phoenix: łatwo tu dolecieć i łatwo wyruszyć w każdym możliwym kierunku. Samo Phoenix – nie jest jakoś szczególnie fascynujące, ale okolica – i owszem. I jak mi się uda, to będę powoli opisywał kolejne miejsca, które warto odwiedzić.
Do Phoenix lata jeden bezpośredni samolot z Europy: lot British Airways z Londynu. W innym przypadku leci się z przesiadką, najczęściej w Chicago, Washingtonie, Nowym Yorku, Los Angeles lub San Francisco. Lot z Londynu byłby idealnym rozwiązaniem, gdyby nie to, że połączenie z Polski do Londynu nie jest najlepsze: latają co prawda masowo tanie lotnicze, ale ponieważ nie mają one umów z BA, to w przypadku jakichkolwiek komplikacji, spóźnień itp. zdany jesteś sam na siebie. W Londynie czeka cię przejażdżka z jednego lotniska na drugie, limity bagażu są znacznie niższe na trasie z Polski do Londynu… Słowem: sporo kłopotów.
Przelot z przesiadką na terenie USA ma jedną wadę: odprawę celną i paszportową musisz odbyć na pierwszym amerykańskim lotnisku. Oznacza to konieczność przeładowania własnoręcznie bagaży – linie lotnicze nie przerzucą Twojego dobytku na samolot lokalny. Nie jestem też pewny, czy lokalne linie lotnicze nie skasują Cię dodatkowo za bagaż (większość amerykańskich linii lotniczych pobiera od jakiegoś czasu opłaty za każdą walizkę, chlubnym wyjątkiem są linie Southwest). W Phoenix wylądujesz na lotnisku Sky Harbor. Jest to spore, nowoczesne lotnisko. Przyloty międzynarodowe znajdują się na terminalu numer 4. Większość lotów krajowych przylatuje na Terminal 3 lub 4.
Co dalej? Coż… masz kilka opcji, ale na 100% będziesz potrzebował jakiegoś transportu. Jeżeli ktoś znajomy będzie Cię odbierał z lotniska, to umówcie się po której stronie terminala będziesz czekał. Wyjścia znajdują się albo po stronie północnej, albo po południowej.
Ameryka to kraj samochodu: nie radzę liczyć na poruszanie się po Phoenix środkami komunikacji publicznej. Z lotniska możesz co prawda wyjechać tramwajem (otwartym zresztą na początku 2009 roku), ale jest to jedyna linia tramwajowa w mieście i nie zajedziesz nią zbyt daleko. Za taksówkę zapłacisz tyle, co za wynajęcie samochodu na cały dzień.
cdn…
Tagi: Phoenix , Arizona , Sky Harbor